Wiesław Sokołowski - trwanie - pismo literackie 2016                                       Zrzeszenie Artystyczne ZA

















 
Rok założenia: 1986
ISSN 1507-9341

słowo o
TRWANIU

trwanieza@gmail.com 

Kliknij na miniaturkę, aby powiększyć zdjęcie. Kliknij "zamknij", aby wyjść.


WIESŁAW SOKOŁOWSKI
red. naczelny "Trwania"


***


Wywiady

z Wiesławem Sokołowskim



*

PRZYZWOICI


BANDYCI


> część pierwsza

> część druga

> część trzecia


*

I tego będę się 

nadal trzymał


> rozmowa


*

CIĄGLE  NAS  UCZĄ  
JAK  MAMY
SKAKAĆ  PRZEZ  KIJ

czyli jak sobie sami szkodzimy
> wywiad


*

Ptaki Niezwyciężone
Polskie Niezalezne Media


*

wywiad z 2004

*

Zygmunt Trziszka (1937-2000)
tak pisze:

Wracając do Sokołowskiego - mamy do czynienia z prekursorem, mamy do czynienia z autorem, który nie pisze po to, żeby w ogóle pisać, tylko pisze dlatego że musi, że dyktat rzeczywistości go tak miażdży, maceruje, niszczy, że on się zachowuje adekwatnie do tej sytuacji, do tego położenia, że po pierwsze chce przetrwać ten okres, no, koncentracyjny. Przede wszystkim to wmawia sobie, że nie jest tak strasznie, bo przecież jak ktoś jedzie kolejką EKD, a jego kolejka w stronę Rawki podobna jest do EKD. To nie były warunki okupacyjne, że nagle ktoś leży, ktoś zabity, ktoś roztrzaskany – i właściwie mord psychiczny, to jest podstawowa forma morderstwa, która uprawiana jest w czasach wyspecjalizowanego, a bez mała skomputeryzowanego totalitaryzmu.

więcej




***


KALENDARIUM ZA


***

WIESŁAW SOKOŁOWSKI
i jego książki

Kliknij na miniaturkę, aby powiększyć zdjęcie. Kliknij "zamknij", aby wyjść.




 

FILM SZTUKA KASY

www.youtube.com/watch_popup 

FILM WIERSZ PRZESŁANIE
www.youtube.com/watch_popup

FILM ODEZWA DO WSTYDU
www.youtube.com/watch_popup

FILM ODEZWA DO KOŁKA W PŁOCIE
www.youtube.com/watch_popup

FILM ODEZWA DO NIKOGO
www.youtube.com/watch_popup



Sokół w Belwederze

Kancelaria Prezydenta
Rzeczypospolitej Polskiej
zaprosiła Agnieszkę
i Wiesława Sokołowskich
do BELWEDERU dnia
26 stycznia 2010 roku,
gdzie o godzinie 13 – tej
odbyła się ceremonia
odznaczenia Wiesława
Sokołowskiego Krzyżem
Kawalerskim Orderu
Odrodzenia Polski

Do najważniejszych
odznaczeń państwowych
należą: Order Orła
Białego, Order Virtuti
Militari i Order
Odrodzenia Polski,
a także Order Zasługi
Rzeczypospolitej Polskiej .
Zgodnie z ustawą z
16 października 1992 r.
o orderach
i odznaczeniach
( Dz. U. z 1992 r. nr 90,
poz. 450, z późn. zm.),
ordery przyznaje
prezydent RP z własnej
inicjatywy oraz na wniosek
premiera bądź Kapituły
Orderów.

Order Odrodzenia Polski
ustanowiony w 1921 r.
nadawanyjest za wybitne
zasługi położone w służbie
państwui społeczeństwu,
a zwłaszcza za wybitne
osiągnięcia w działalności
publicznej podejmowanej
z pożytkiem dla kraju, za
szczególne zasługi dla
umacniania suwerenności
i obronności kraju, dla
rozwoju gospodarki
narodowej, służby
publicznej, za wybitną
twórczość naukową,
literacką i artystyczną,
za wybitne zasługi dla
rozwoju współpracy
Rzeczypospolitej Polskiej
z innymi państwami
i narodami.

Kliknij na miniaturkę, aby powiększyć zdjęcie. Kliknij "zamknij", aby wyjść.



***

NAGRODA
PREZYDENTA
SKIERNIEWIC




***

WIESŁAW  SOKOLOWSKI 

BRAK

HONORU ?

 

1.   zaszczuli nas

swoimi ideologiami

swoimi utopiami

swoimi poetami

 

2.   zaszczuli nas

swoimi urojeniami

swoimi uproszczeniami

swoimi filozofami

 

3.   zaszczuli nas

swoją przewrotnością

swoją przebiegłością

swoją kłamliwością

 

4.   zaszczuli nas

swoją bezczelnością

swoją pazernością

swoją bezkarnością

 

5.    zaszczuli nas

swoja służalczością

swoją nikczemnością

swoją żygliwością

 

6.    zaszczuli nas

swoim szulerstwem

swoim szalbierstwem

swoim zdzierstwem

 

7.    coda

oto ich czyn:

brak honoru

oto ich przesłanie:

brak danego nam

              i Bogu

s ł o w a

12.09.2015

 

***

WIESŁAW SOKOŁOWSKI

By Poetów

nie zabijano ?

                                                            

- G. B. 


1.

chodzi

o to

 

by szubrawcy

nam historii

na naszą zgubę

nie pisali

 

by chamów

i prostaków

na prezydentów

nam nie

wybierano 

 > więcej


 


MIECZ

za tych bandziorów
co nas nachodzą
tutaj latami
przepraszam cię żono


za te kanalie
co od zawsze
po cudzych kątach
grzebią, węszą, szperają
przepraszam cię żono


za tą sobaczą swołocz
co Polskę
na oczach naszych
z żywej skóry obdzierają
przepraszam cię żono


za ten pomiot odmóżdżony
co od wielu pokoleń
jest pod jawną i skrytą
ochroną
przepraszam cię żono


za tych co zdradę
bez cienia żenady
pod niebiosa wychwalają
przepraszam cię żono


nie mogę się
z tym wszystkim pogodzić
więc z obawy i z lęku płyną
moje słowa


przepraszam cię
za każdy szary dzień
i za nic też


przepraszam cię żono
moja żono


Rawka
marzec 2012



***

POMNIK
UMARŁYCH
I ŻYWYCH



Krzyż z Krakowskiego

Przedmieścia

wzniesiony z lęku i trwogi

milionów

uświęcony –

naszą pieśnią

naszą mową

ma nie istnieć ?


Krzyż

i polskie kobiety

pod nim bite

azjatyckim sprytem

ma nie istnieć ?


Krzyż

wyświęcili

i wyparli się go zarazem

hierarchowie

judasze

ma nie istnieć ?


Krzyż

i otchłań co rośnie w nas

otchłań soczysta zielona

tak jakby z niej miała być

rzeźbiona suwerenna

korona

ma nie istnieć ?


Krzyż

szczerości, prawości

szacunku i godności


żywy ogień chwili

jeśli zapłonie staje się –


i wiecznością i pomnikiem

umarłych i żywych

ma nie istnieć ?


Rawka, dnia 25 października 2010 roku

***

CO CI ZROBIONO
POLSKO

- Jerzemu Juliuszowi Emirowi


1.

co ci zrobiono

Polsko

jakiż to koń

trojański

wjechał w progi

twe niezdobyte

i w serca

niezwyciężone…

 

2.

co ci zrobiono

Polsko

o, córo

nieba i ziemi

panno dojrzałych

kłosów zatracenia

pachnących pól

łubinu

jaśminu

wyciętych skrycie

spod okna

dzieciństwa

mego

co ci zrobiono?

 

3.

co ci zrobiono

Polsko

… powolutku idziem…

… powolutku myślem …

… potaniutku żyjem …

bo nie sposób siać

ani nadziei

ani dochodzić

praw swoich

 

4.

co ci zrobiono

Polsko

ja

schylony stoję

w środku nocy

swojej

ot, gałąź

a na niej nie ptaki

- na niej powróz

zawieszono

ot, życie

a w nim nie radość

- w nim zdradę

wywyższono

- to ci Polsko zrobiono

- to ci Polsko zrobiono



druk "Trwanie pomimo"
str 140 rok wydania1993


WIESŁAW SOKOŁOWSKI

***

OPINIE

 


Wiesław Sokołowski
- jeden najwybitniejszych
współczesnych polskich
poetów. Urodzony w 1944 r.
W latach 60 i 70 był
organizatorem niezależnego
środowiska twórców ZA.

Przez długie lata inwigilowany
przez PRL- owską służbę
bezpieczeństwa.

Redakcja Nieznany Świat
1/2007


Czy Sokołowski
jest męczennikiem za sztukę?
Wskazywałoby na to blisko
40 lat ustawicznej walki
o jej pryncypia i tyleż lat
wyniszczającej (w każdym
wymiarze) opozycyjności.
Jednak w jego wygłosach
niewiele jest kombatanctwa,
więcej zaś poczucia powinności
artystycznej, wierności sztuce
i samemu sobie.
Pośród żyjących obecnie
w Polsce, aktywnych twórców
poetów, niewielu może
szczycić się podobną
konsekwencją koncepcji
dzieła poetyckiego oraz wizji
posłannictwa człowieka sztuki,
co uparty “samotnik” z Rawki.

P. K.
NORMALNOŚĆ KONSEKWENTNA
Miesięcznik Literacka Polska
(1-2) 2003


Sokołowski ceni tradycję i ufa
trwałym wartościom (...)
Wspinając się ku górze,
pragnie unieść również świat.
Aby jak Atlas podtrzymać rozwój
najmniejszych nawet istot.

S. S.
BOŻE CHROŃ SOKOŁOWSKIEGO
Miesięcznik literacki
AKANT (Nr 6) 2003


Wiesław Sokołowski jest
jednym z najciekawszych
polskich poetów, a ja
poświęciłem mu kiedyś,
jeden ze swoich najważniejszych
reportaży. Nosił tytuł “Trzynasty
Krąg Sokoła” i został
opublikowany w 1988 r.
w tomie “Schody”, za który
dostałem wyróżnienie
“Życia Literackiego”.

M. R.
PRZYPADKI METAFIZYCZNE,
2002

***

WIESŁAW SOKOŁOWSKI jest
pomysłodawcą, organizatorem
ZRZESZENIA
ARTYSTYCZNEGO "ZA"
zarejestrowanego w lutym
1981 roku.

ZRZESZENIE
ARTYSTYCZNE „ZA"

jest organizacją twórców
profesjonalnych
- poetów, malarzy, grafików,
rzeźbiarzy, muzyków,
architektów, filmowców,
krytyków sztuki.

Zrzeszamy twórców z całego kraju.

Celem naszej organizacji jest:

1.Tworzenie nowatorskich wartości w sztuce.
2. Integracja różnych środowisk twórczych dla jedności dalszego rozwoju kultury narodowej.

Grupa poetycka „ZA" powstała
w roku 1973 z inicjatywy
WIESŁAWA
SOKOŁOWSKIEGO.
Bezpośrednim impulsem
powstania grupy „ZA" była
śmierć samobójcza
utalentowanego malarza
EUGENIUSZA WYGOCKIEGO
„Benia".
Miejscem działalności „ZA"
stała się winiarnia „U Hopfera"
znajdująca się
na SZLAKU KRÓLEWSKIM
w WARSZAWIE
(Krakowskie
Przedmieście 53).

Zarząd
Zrzeszenia Artystycznego ZA

***

 

Strona główna / Trzeci obieg / OBUMARLI WIESŁAW SOKOŁOWSKI

OBUMARLI WIESŁAW SOKOŁOWSKI

Licznik odwiedzin: 150498


strona w rozbudowie



WSTĘP DO OBUMARŁYCH

 

 Naturalna ciekawość – kim  są ci, co decydują o nas – z  jakiej gliny są ulepieni, skąd wyrosły im rogi – wreszcie dlaczego jeden jest na świeczniku a inny żyje w mrocznej izolacji. 

Namówiłem WIESŁAWA SOKOŁOWSKIEGO aby opublikował w internecie swój tekst, który  z biegiem lat  nabiera coraz większego znaczenia, gdyż mówi w jaki sposób niezauważalny byli i  są usuwani w cień  twórcy, których – jak pisze autor – jedynym   przestępstwem jest to, że są ludźmi wolnymi

Ci, co  są kreowani tutaj jako coś niebywale ważnego, czy uznawani są za niepowtarzalne autorytety, okazuje się, że są tylko popłuczynami zbrodni - i pomimo, że wydali wiele książek takimi tylko popłuczynami zostaną … 

Czyli - „OBUMARLI”  mogą pełnić funkcję manifestu „ZA”  -  bo odnoszą się do elementarnych i podstawowych spraw,  których nie sposób przykryć  większą czy mniejszą sprawnością np. pisarską    

O  istnieniu OBUMARŁYCH wie niewielu, choć minęło 30 lat od powstania tego zapisu.  

Bohaterami książki są poeci, malarze, artyści,  którzy zostali wykasowani ze SZLAKU KRÓLEWSKIEGO w WARSZAWIE. Dlaczego tak się stało  – gdy przeczytasz czytelniku owe dziełko, możesz choć częściowo sam odpowiedzieć sobie na to pytanie. 

Książka ma 155 stron. Jest dostępna tylko w internecie. Poniżej publikujemy  kilkanaście kartek.

Wiktor Czarniecki


Książkę można kupić pod adresem:
 
allegro.pl/wieslaw-sokolowski-obumarli-okazja-i2933851928.html







 




























ej






 

                

Zapis

poniżej
powstał

w STANIE WOJENNYM



Margines pierwszy
 

1.

Badanie siebie, badanie w granicach przeznaczenia. Uczułem – jakbym oderwał się od siebie, jakby ta ziemia miała być chwilową przystanią, gdyż dystans do tego co wokół  dzieje  się opanował mnie do reszty. 

Ból, nie czułem bólu – bo wiedziałem, że on minie. Życia, nie bałem się życia – bo wiedziałem, że ono też minie.

  

2.

Śmierć „Beni”, który w wieku 36 lat uznał, że czas skończyć z sobą i zanim zawisł na sznurze, rąbał swoje chore, rozgorączkowane ciało siekierą. Straszność sytuacji potęguje to, że był łagodnego usposobienia, ufał ludziom i bezgranicznie wierzył sztuce. Jednak żyć, pracować, wznosić siebie w atmosferze nieprawdy – było czymś niepojętym dla jego rozumienia świata.

 

 

          - Helmutowi Nadolskiemu 

ptaka

nie wbijesz

na pal rozpaczy

ani grozy

 

jego lot

to tylko znak

owocu

jego myśli

to tylko wirujące

pióra

 

3.

Ta tragedia i wiele innych budziła we mnie myśl, że każde miejsce jest dobre do wznoszenia swojego istnienia, a więc do budowania także swojej myśli, do kreowania swojej nadziei. Uświadomiłem sobie, że nic nie jest w stanie przekreślić w człowieku pragnienia swobody, jeśli ona tkwi w nim. 

Zapisy z tamtego okresu są jakby zaprzeczeniem tego, co się we mnie działo. Zapisy spłaszczone do zdań szarych, do myśli podstawowych. 

Jednak do dziś pamiętam trud z jakim budowałem te dla innych oczywiste myśli. Ja musiałem budować w sobie jakby od początku każdy wyraz, każde zdanie. Musiałem sam uczyć się siebie, musiałem uczyć się po swojemu, w samotni własnej, zdobytej własnymi rękoma.

 

Boże mój

a gdzie jest moja

                    duma

 

Szlak – smutny to szlak. Realia życia podobno tkwiły tam, gdzie łopotały sztandary, gdzie obwieszano się orderami, gdzie posługując się nieprawdą, posługując się zbrodnią wznoszono siebie zawsze o szczebel wyżej. Teatr „U Hopfera” topniał; chandra wyła w nas; alkohol wtedy zabijał. Dzień tu, to dzień głuchych wiadomości, że ten a ten leczy się w zakładzie, że ten a ten wypłynął na środek jeziora i nie wrócił, że ten a ten rozbił się o słup przydrożny.

 

 

Margines drugi 

1.

Niepostrzeżenie życie likwidowało to, co było jedyne, niepowtarzalne, co każdy z nas zabiera ze sobą, czego nie da się ani wyrzeźbić ani wyśpiewać. Nawet, spotkani dziś, z tamtego okresu ludzie, jacyś inni: wyciszeni,, bezbarwni, stłamszeni. Wernisaże, wiersze wyszarpywane z siebie, myśli wypowiadane w potoku spraw bieżących raz na zawsze umarły. Jeśli więc coś w sobie ocaliłem – to teatr, który tworzyłem zawsze dla siebie. I choć ludzie odeszli, zostało pragnienie. Czyli, teatr bez aktora, czyli teatr bez widza, bez sceny – teatr, który przestaje być może teatrem, a staje się jednak nim… 

Byłem więc dosłownie wyschniętym korytem, byłem słowem modlą się, proszącym przeznaczenie o deszcz; deszcz w którym marzenie mojej wolności stałoby się formą.

 

 

2.

„Hopfer”  - zanim umarł dla świadka tamtych wydarzeń – najpierw umarł we mnie. Każda kolejna wystawa była pożegnaniem z tym miejscem. O czwartej rano przychodziłem sam, by wieszać obrazy, także obcym, nieżyczliwym mi ludziom; jakbym ich obrazami z jednej strony, a swoją myślą z drugiej, wypełniał pustkę. Otaczała mnie ona, wgryzała się we mnie – ich więc obrazy były bardziej potrzebne mi niż im.

Łaknąłem przyjaźni.

 

3.

Teatr rósł we mnie – ale gdzie go realizować? Teatr wspierany z kiesy państwowej był dla mnie nieosiągalny. Kiedy więc byłem głodny tworzyłem dla przetrwania przeróżne teoryjki. Przez długi okres byłem opanowany przez myśl, że w każdej chwili może zdarzyć się dla moich spraw coś niebywale dobrego. Wychodziłem na Krakowskie Przedmieście z nadzieją, że spotkam właściwego człowieka. Z nadzieją więc pisałem proklamacje, które rozdawałem nawet nieznanym osobom – czekając na cud. Ale cudu nie było. Jeśli spotkałem się z zainteresowaniem, to ze strony takich ludzi, którzy szereg moich pomysłów sprzedawali potem jako własne. Cały więc mój przeogromny wysiłek budowania siebie w sobie rozbijał się o głuchy mur nietolerancji. Wprawdzie dawano mi spokój, pozwalano wędrować po Krakowskim Przedmieściu, ale rozumiałem, że dla wielu z nich jestem tubylcem.

 

4.

O co mi chodziło? Może najmniej o karierę zdobytą środkami pozaartystycznymi. Bardzo wcześnie pojąłem, że dochodzenie prawdy w sobie, jest moją jedyną szansą uczestnictwa w misterium życia. Musiałem sam dla siebie znaleźć metodę: stąd setki napisanych wierszy; są one jakby stemplem mojej duszy – poprzez nie rozglądam się – i świat na ich dźwięk odpowiada swoim dźwiękiem. Z tego dialogu próbuję budować siebie.
Jest to rozmowa życia z życiem, życia z nadzieją, życia z grozą przemijania, z niebem niewiadomego.

  

5. 

s a m  - dla siebie

jednością

- światła i mroku

 

s a m  - dla siebie

jednością

- ognia i lotu

 

 

s a m  - dla siebie

m r o k i e m

 

s a m  - dla siebie

l o t e m

 

więc jakże to ?

 

jakże to jest?

mój wielki i jedyny

mój, aż po kres, oszalały ptaku

  

6.

Szukałem przede wszystkim ludzi autentycznych. Chwilami człowiekiem takim był dla mnie Marian Bogusz. Znałem go z okresu działalności na starówce. Próby mego zespołu odbywały się piętro wyżej nad galerią „Krzywe Koło”. Hałas wernisaży zwabiał nas – a alkohol, który strumieniami lał się, rozwiązywał nasze jęzory do rozmiarów nieposkromionych. 

Boguszem jednak zetknąłem się osobiście „U Hopfera”. „Gadaliśmy” – jak on to by powiedział. Głos więc jego – bas – widziałem w swoim teatrze. Mistrz zaprowadził mnie do galerii „Wola”. Na środku Sali kilka ton koksu – a wokół, na skrawkach papieru, rysunki z obozu koncentracyjnego – w dalekiej perspektywie kula; wokół zaś z rozdziawionymi gębami – publiczność. Z Mistrzem pokręciłem kulą wokół osi i wyszliśmy na świeże powietrze… 

Było to jedno z moich najgłębszych przeżyć. Uczułem po raz pierwszy, że nie jestem sam.

  

7.

Myśli moje coraz bardziej krążyły wokół problemu jak zalegalizować siebie w formie instytucji, ale takiej instytucji, która nie zmieniłaby mojej drogi, mego rozumienia siebie także. Myśl ta nie dawała mi spokoju: oto organizacja twórców, organizacja jako dzieło sztuki oto moja idea  - jej poświęcam siebie, jej ufam, dla niej pracuję !!! 

8.

Cóż więc z teatrem moim? Inni tworzyli teatr bez zrzeszeń i innych cudów. Ale trzeba pamiętać, że ich droga była aleją uczniaków, którzy jeśli buntowali się, to tylko swoim profesorom. Ja natomiast nie miałem profesorów – byłem sam. Mając 21 lat byłem już kierownikiem zespołu … i jego „twórcą”. Jeśli uczyłem się, to na swoich programach, one tworzyły mnie. I choć czasy „Largaktilu”, Hopfera” minęły bezpowrotnie, w miejscach tych nauczyłem się jednego: pracy z ludźmi, pokory – a nade wszystko – odwagi w podejmowaniu decyzji krańcowych, natomiast w Autorskiej Galerii „ZA” miałem przede wszystkim spokój – mogłem jeden obraz analizować, odkrywać miesiącami.

 

 

Margines trzeci  

1.

Może tak wszystkiego sobie nie uświadamiałem, ale czułem, że jeśli pójdę pod prąd instytucjom, moje dni są policzone. Ślepa rzeczywistość ma to do siebie, że równa wszystko w dół. Nie liczą się twoje pragnienia, twoje myśli, twoja wreszcie praca – najważniejsze są dyrektywy, wytyczne. Nie w świecie ducha, nie w świecie myśli szukano argumentów i motywacji do działania, ale w świecie poleceń i rozkazów.

Broniłem się – budując swoją wewnętrzną niezależność, broniłem się tworzeniem wokół faktów artystycznych.

2.

Dotykam siebie – twarz boli, niepotrzebne życie, niepotrzebna książka. Zwątpienie. Pustka. Świat skurczył się. Ale wiem, że to przejdzie, minie – ale wiem, że to wahanie znajdzie swój wyraz, swój kształt. „Opatrzność” – oto słowo, o którym coraz częściej myślę i które już tli się we mnie, potrzebuje ciepła, spokoju, szumu spadających kropel. Ale nade wszystko potrzebuje otwartości wędrującej bodajże piechotą z jednego krańca w drugi, z jednego istnienia w drugie. 

Czy byłem naiwny? Może. Liczyłem, że te teksty spotkają ludzi. Pamiętam – jak po kilku miesiącach pracy – folder, który miał obrazować działalność „ZA”, zaniosłem do Wydziału Kultury i Sztuki m. st. Warszawy, pamiętam miny. Nie usłyszałem ani jednego słowa opinii, ale wyczułem wrogość do tej sprawy. Dziś może rozumiem dlaczego tak było. Gdybym był Leszynem, który literę „n” zmienił na „sz” w nazwisku Wodza Rewolucji Illicza, stąd Lenin = Leszin, miałbym -  po odpowiedniej obróbce cenzury – wydanych 10 takich folderów, a że byłem Polakiem i mówiono na mnie „Sokół”, to wystarczyło, aby przekreślić mnie, a tam m. in. Było napisane:

Każda myśl, każda epoka ma swoją jedyną i niepowtarzalna szansę wolności; dostrzec  ją i ogarnąć  słowem (?) – oto na dziś moje zadanie.

Tam, gdzie dominuje polityka skarlająca naszą duchowość i gdzie twórczość jest sprowadzona do paru nazwisk wygodnych władzy; tam, gdyby nie wiem jakie środki materialne przeznaczać, podział ich będzie rażąco niesprawiedliwy i nie przynoszący żadnego pożytku nikomu, tylko naszym wrogom.

W podsumowaniu napisałem. 

Troska. Troska o czas obecny, ale nie tylko o ten czas. Troska więc o każdy talent. Troska wreszcie o myśl, by ona była dla każdego z nas „ziemią obiecaną”, żeby o wszystkim nie decydowały koligacje np. rodzinne, towarzyskie czy polityczne.

  

3.

Ale wracajmy do moich misteriów, do teatru; nawet w czasie snu pracowałem nad kształtem swoich programów.
Tak było  z „Rozarium” w parku Skaryszewskim w Warszawie. Przez kilka dni i nocy ryłem swoje wiersze w drzewie. Dechy topolowe  o szerokości 70 cm a wysokości do 3 metrów, przypominające tablice, jakbym kilka milionów lat zawędrował w przyszłość, jakby los zaprowadził mnie na wykopaliska moich własnych wierszy. Chodziłem sam wśród swoich wierszy i sam nie mogłem się sobie nadziwić. Widziałem z jakim zainteresowaniem czytały teksty samotne panie i samotni panowie; teksty, które jakby spod ziemi wyrosły, w słoneczny, zimny dzień – wyrosły w warszawskim parku, w parku Skaryszewskim w 1976 roku. 

Napisy były krótkie: 

Np.

próżnia

jest granicą

której nawet w szaleństwie nikt

nie jest w stanie przekroczyć

  

w pierwszym odruchu

jakby ze wstydu

jesteś gotów aż do krwi

nawet gołymi palcami

zdrapać jałowość

  

skrajność siłą –

w rękach polityka i żołnierza

skrajność to mord

w ręku artysty

skrajność to:

nie masz żadnych szans

prócz

sadystycznego znęcania się

nad samym sobą

  

Wiedziałem, że coś ważnego dzieje się, co to takiego było, trudno mi dać nawet dziś jednoznaczną odpowiedź. Byłem sam, a gdy podglądałem, z reguły starszych ludzi w parku, którzy zabłąkali się przypadkowo na wystawę, samotność potworniała. Czułem jej ciężar i ból. 

Spektakl – jeden z największych – odbył się, tylko ja sam miałem takie przekonanie i ci nieliczni, którym w tajemnicy mówiłem o swoim „genialnym” teatrze. 

 

5.

Ale nie to podobno się liczyło. Propaganda tworzyła podobno fakty artystyczne. Nie tyle działać, co przede wszystkim umieć sprzedać to działanie.

Jednak – aby mojej działalności nie zepchnięto na tory dziwactwa, marginesu społecznego – zacząłem dbać o to, aby po każdej imprezie pozostał choć jakiś znak czy to w formie zaproszenia, folderu, czy w formie relacji naocznych  świadków. Teatr więc stał się na tyle ważny, że zaczął kształtować sam siebie i zaczął wpływać na moje decyzje. Najwyższy czas – myślałem – mieć dla siebie miejsce, być właścicielem w sposób dosłowny tego miejsca kształtować je na wzór i podobieństwo swoje. Stąd narodziła się we mnie decyzja otwarcia Autorskiej Galerii „ZA” w Rawce, w rodzinnym domu.

 

  

 

Margines czwarty

 

1.

Dwadzieścia lat zmagań – na szczęście nie zawsze do końca świadomych – zmagań o to tylko, aby każdy z nas, bez względu na przekonania miał prawo do siebie, do swojej wewnętrznej autonomii, do swojej nieokreśloności – jest nie tylko moim doświadczeniem. I nie ma w tym ani krzty zarozumialstwa, ani pewności siebie, ale jest prawda zdobyta na mój prywatny użytek, że potwornie trudno jest dziś osiągnąć siebie… 

Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ między mną a tobą – a więc także między mną a mną – wyrosło „coś” wrogiego naszemu istnieniu, „coś”, co paraliżuje nas od środka, co hamuje, bądź w zupełności chce przekreślić nasze odwieczne prawo do wolności. 

Co to jest? W sztuce występuje to „coś” pod nazwą „plagiat”. W życiu to „coś” jest o wiele trudniejsze do uchwycenia, ale ma też swoje nazwy, nieraz to „coś” nosi po prostu imię i nazwisko, czasami bywa  poglądem grupy, klasy, momentami doktryną, ideologią, systemem itd. A więc, to „coś” rozpoznajemy nie po opakowaniu, nie po etykiecie, oklaskach, propagandzie, ale po skutkach działania, w wyniku czego coraz mniej rozpoznajemy siebie, w wyniku czego odległość między jednym człowiekiem a drugim wzrasta do wymiarów samounicestwienia.

 

2.

Te wędrówki – od urzędu do urzędu, od człowieka do człowieka – zawsze kończyły się wynikiem negatywnym. Niektórzy uważali, że jeśli nie da się nic zrobić od frontu, to trzeba realizować swoje pomysły od kuchni. 

Pamiętam jak miesiącami okupowaliśmy Zarząd Główny ZSMP na Smolnej w Warszawie. Wspólnie z Jerzym J. Emirem chcieliśmy zrealizować program spływu barką po  Wiśle z Krakowa do Gdańska. W tym czasie ukazał się w „Literaturze” artykuł Edwarda
Hołdy pt. „Sól” i dopiero ten artykuł zwrócił uwagę na naszą działalność. Pamiętam, że w trakcie naszej rozmowy z sekretarzem Zarządu Głównego ZSMP właśnie ten artykuł spełniał rolę jakby dowodu na nasze istnienie. Co mnie uderzyło podczas tego spotkania? Nie tyle słowa sekretarza, bo były one takie, aby właściwie nic nie powiedzieć, ale właśnie ten artykuł, który został  odpowiednio spreparowany różnokolorowymi podkreśleniami. Wypowiedź Hołdy na temat działalności „ZA”, to impresja mogła ona wszystko znieść, ale nie takie właśnie podkreślenia. Pomyślałem wtedy, że jeśli  są to tego formatu ludzie, jak te różnokolorowe podkreślenia – to z naszej akcji nici. W końcu, kiedy po wielu miesiącach prac przygotowawczych doprowadziliśmy do sytuacji, że można było przystępować do praktycznej realizacji naszego zamierzenia, wtedy „złotousty” sekretarz oznajmił nam mniej więcej coś takiego:

- No cóż, panowie, ponieważ możecie się upić i potopić w Wiśle, stąd my – jako organizacja – nie możemy brać na  siebie aż takiej odpowiedzialności.

 

 

3.

Ojciec Święty w dniu 15 listopada 1978 roku tak powiedział: Strach niejednokrotnie odbiera odwagę cywilną ludziom żyjącym w warunkach zagrożenia, ucisku, prześladowania. Szczególną wartość mają wówczas ludzie zdolni do przekroczenia tzw. bariery lęku, aby dawać świadectwo prawdzie i sprawiedliwości. Ażeby zdobyć się na to, człowiek musi poniekąd „przekroczyć” samego siebie, niejako siebie „przewyższać”, ryzykując, że będzie „źle widziany”, że narazi się na różne konsekwencje, krzywdy, degradacje, straty materialne, może więzienie, może prześladowania. Ażeby więc zdobyć się na takie męstwo, musi człowiek kierować się wielkim umiłowaniem prawdy i dobra, dla których się poświęca. Cnota męstwa idzie w parze ze zdolnością do poświęceń.

  

4.

Ale co ma z tym wspólnego teatr – przecież on ma swoją historię, rządzi się swoimi prawami. Nie może być teatrem wszystko. Nie ma aktora, nie ma teatru; nie ma sceny – nie ma teatru; nie ma publiczności – nie ma teatru. W takim razie to, co robię, czym jest?  Czym są np. moje misteria. Może teatrem a może nie? 

A może czymś więcej niż teatrem. „Wszystko jest we wszystkim” – może więc w tym moim zaszczutym życiu jest odrobina godności, godności bycia tu człowiekiem. Tu więc jest mój teatr, gdzie stanie moja stopa! Tu jest moje źródło, gdzie oprze się mój wzrok! Tu istnieje wszechświat, gdzie rodzi się moja myśl!

  

5.

Wędrowałem wysoko – bo aż do Rady Państwa. Najlepszy był dygnitarz państwowy, który jeszcze dodatkowo pisał, można z nim było chociaż porozmawiać. O nic prosić – tylko rozmawiać, tylko zapraszać na imprezy „ZA”. 

Posady, pieniądze, nagrody, stypendia mają dla swoich – tu nie można liczyć nawet na pomyłkę. Jednak jest w nich jakaś chorobliwa potrzeba stwarzania pozorów wolności, pozorów uczciwości, pozorów prawdy – więc mogą sobie pozwolić na przyjazd do bezimiennego poety w Rawce. A miejscowi stójkowi od kultury notują fakty. W miasteczku, gdzie tzw. działacze każdym miliardem przeznaczonym na sztukę grzeją sobie rozłożyste pupska od dziesięcioleci, czyż oni nie mogą pozwolić sobie na margines tolerancji. Mogą i robią to w następującej formule „działaj, działaj – a my się pośmiejemy”. Każdy bowiem, kto nie jest umocowany w strukturach PRL-u zostanie pochłonięty najpierw przez nędzę, potem przez rozpacz, wreszcie przez nicość. Wiedzą o tym ideolodzy PRL-u więc pozwalają na istnienie „ZA” w Rawce, właśnie poza oficjalnymi strukturami. Myślę więc, że nie będzie z mojej strony nadużycia, jeśli powiem o nich tak:

 

mordercy żyją

wśród nas

i przedstawiają siebie

 z jak najlepszej strony

 

oto moja przestrzeń życiowa –

5 kroków w głąb, 4 kroki w górę

3 kroki wszerz

do tego tych kilka

czystych, niewymiernych

promieni –

 

oto on, ludzki

wysportowany, odświeżony

prosto z wycieczki z Moskwy

Londynu

Paryża

 

miał, tak jak każdy kat

coś z dobrotliwego

majsterkowicza

 

ścinający głowy

spętanym

 

6.

Są ludzie, którzy decydują się  zostać lekarzem, prawnikiem – wolno im. Są i tacy, którzy wybierają  drogę polityków czy uczonych – obserwuję ich zmagania. Moja droga jest nie taka, realizuję inny program. Oświadczam więc wszem, że mieszkam w  s ł o w i e   i mimo to robię nadal błędy ortograficzne; i może słowo, mimo moich ułomności, da mi to, co chciano mi odebrać – a mianowicie, da mi   p r a w o   d o   s i e b i e . 

Bo ludzie są tylko ludźmi  -  otumanieni władzą, ideologią potrafią niszczyć myśląc że budują, potrafią zabijać myśląc że tworzą nowy ład. A słowa wymagają przestrzeni, serca, nieznanych oceanów nocy i bez przerwy odwagi. Kto mi może to ofiarować, oprócz mnie samego …

 

 

Margines piąty 

1.

Tu, w Rawce narodziły się moje misteria. Ale zanim powiem o nich, może ktoś zadać słuszne pytanie, że dotąd nie wspomniałeś słowem o nikim więcej – przecież tam wszędzie byli ludzie, przecież z nimi robiłeś programy, oni w sposób bezinteresowny pomagali ci, oni w momentach trudnych wspierali cię. Dlaczego więc o nich milczysz? Dlaczego ty i tylko ty? Rzeczywiście  - przez moją działalność przewinęły się. W większości jednak byli tacy, co chcieli coś za coś, ale byli też inni. Ci nieliczni – z którymi łączył mnie nie tyle interes, co wspólny los – oni zostali we mnie głęboko – im poświęciłem niejeden swój wiersz, poemat, esej, program. 

I tutaj chciałem z całą mocą powiedzieć, że najbardziej tłukłem się po dżungli warszawskiej z Jurrym Zielińskim. To, co robiliśmy było jakby żywą pochodnią… Może kiedyś uda mi się znaleźć formę zapisu kapiącej kropli z nosa Jurrego na stoliku – kropli krwi, w która on wsłuchiwał się w milczeniu.

 

2.

cierpliwi w istnieniu

- wybaczcie  mi

 

w jedności, w zapale wielcy

- wybaczcie  mi

 

pokorni wobec jedynego

- wybaczcie  mi

 

wy

co budujecie myśl

dłońmi

- wybaczcie  mi

 

wy

co budujecie myśl sercem

- wybaczcie  mi

 

niezawodni w przyjaźni

w zapale dozgonni

- wybaczcie  mi

 

wolni

pełnią

modlitwy

- wybaczcie  mi

 

wolni

lat

jarzmem

- wybaczcie  mi

 

mroczną siłą

braterstwem nawiedzeni

- wybaczcie  mi

  

3.

To, co mi w tym pochodzie dano doświadczyć, powinienem przyjąć w pokorze, ale chwilami buntuje się przeciw jałowości i nędzy. Do diabła z nimi, do diabła z tym, że za życia jestem skazany na kilka ulic, kilka tras kolejowych, kilka wycieczek po najbliższej okolicy. Jednak jestem, w każdym calu czuje siebie, mój wszechświat – czuję swoją tajemnicę.

4.

Jeśli nawet nie jestem tak bardzo czytelny w osobistych kontaktach, to przecież budowane przeze mnie fakty musiały być na zewnątrz widoczne. Jednak podejrzewano mnie zawsze o coś innego, gorszego. Dlaczego? Dlatego, że każdy program realizowałem wielkim nakładem pracy. Wszyscy widzieli te zabiegi, to wywalczanie właściwie każdego drobiazgu, to miesiącami budowanie, tak oczywistych – według wielu – programów.  Każdy może wystawiać swoje wiersze w parku, ale nikt tego nie robi; każdy może w swoim domu otwierać galerię, ale nikt prawie tego nie robi. 

Bowiem mi chodziło o   t  r w a n i e ,  im o doraźne sukcesy – wdrapywanie się wyżej i coraz wyżej.

  

5.

Ale wracamy do faktów – bez faktów umówiliśmy się, że nie ma nic. Fakt następny, to statut Zrzeszenia Artystycznego „ZA”. Wspólnie z Jerzym Juliuszem Emirem powołaliśmy Zrzeszenie „ZA”,  następnie zorganizowaliśmy Walne Zgromadzenie członków w Rawce i w głosowaniu wybraliśmy Władze Zrzeszenia. W końcowym etapie złożyliśmy wszystkie   dokumenty do urzędów celem rejestracji naszej organizacji. Mina pękła. Znów zaczęto pisać na nas donosy, zaczęto przesłuchiwać ludzi, którzy byli na naszych imprezach. 

Rzeczywistość kształtowała się na podobieństwo obrazu bydlęcia zaszczutego przez inne bydlę. Teatr więc mój drążył rzeczywistość – obnażał ją.

  

6.

Patrząc z głębszej perspektywy, z perspektywy zagrożenia, w jakim dziś istniejemy, nie ma i nie powinno być usprawiedliwienia dla systemów, ideologii czy doktryn, które stają się fasadą dla rządów półanalfabetów duchowych. 

Jak więc połączyć ogień z wodą, światło z nocą, dyrektywę z prawdą? Po prostu  nie trzeba łączyć, ale nie trzeba budować dodatkowych murów, tj. terroryzować, straszyć, więzić, judzić. 

Mamy jedno życie, a kto chce duchowo zubożyć je – nawet, gdy jego myśli płyną ze szczerego serca – wtedy, co wtedy? Nie wiem, a raczej wiem, tylko mi nie wypada o tym głośno mówić. Jednak, by nie czynić jeszcze  większego zła, powinniśmy choć siebie nazywać po imieniu i nie bać się istnieć jedynie, wyłącznie dla siebie.

 

 

Margines szósty 

1.

Moje pierwsze misterium  to „Wyobraźnia Granica Strachu” zrealizowane na mogile tysiący żołnierzy zagazowanych w walce w czasie I Wojny Światowej nad rzeką Rawką k. Bolimowa. Opisać misterium nie jestem w stanie. Oto apel, znak pokoju na mogile, gdzie nie ma zwycięzców, ani zwyciężonych – oto tylko dziko rosnąca jeżyna na kościach człowieczych … Dziś wiem, że za dużo było w tym programie ilustracji, mam tu na myśli rzeźby i obrazy. Robiąc w tym samym miejscu, dwa lata później, następny spektakl „Misterium Bolimowskie”, nie popełniłem tego błędu. 

Samotny, biały sześcian zapłonął nad mogiłą. Biały – kilkumetrowej wielkości sześcian – płonął ogniem życia; ogniem życia płonęły wiersze zapisane surowo na planszach; wreszcie , ogniem życia byliśmy my wszyscy tam zgromadzeni.

 

2.

Metodą jestem ja sam – metodą więc ograniczoną i niedoskonałą, jednak ze mnie i przeze mnie wzniesioną. Próbą błędów dochodzę do siebie, próbą błędów chwytam siebie w to, co jest ponad. Metoda więc ograniczona po trzykroć mną. 

Tu życie ucieka, kończy się obumiera. Tu – chwilami myślę – że bez Boga istnienie nie ma ani wartości, ani sensu.

  

3.

 Krąg ludzi zainteresowanych działalnością „ZA” rozszerzał się. Coraz więcej osób przyjeżdżało do Rawki. Kolejne wystawy były przygotowywane pod kątem realizowania misteriów,  które rosły w mojej głowie z dnia na dzień, z minuty na minutę. 

Nowy spektakl na Zamku Książąt Mazowieckich w Sochaczewie „Matko moja – wieczna, sprawiedliwa”, był kolejnym krokiem ku sobie, w obliczu historii, w obliczu tysięcy ludzi. Pisałem w folderze: 

„Widowisko nie w teatrze, nie dla publiczności siedzącej w zamknięciu, ale właśnie tu, w plenerze, gdzie aktorem staje się czas, kształt ziemi, ruiny historii, niezbadane niebo.

Wreszcie ludzie, którzy przyszli masowo by uczestniczyć w naszej uroczystości. Ludzie, którzy wyrośli z tej ziemi, ziemi niełatwej dla człowieka, chwilami nawet tragicznej, ale naszej, przez nas zdobytej i zawsze na nowo zdobywanej.

 Był to gorący okres, kiedy głęboko tkwiąca we mnie nadzieja stała się faktem, stała się rzeczywistością artystyczną. Zdobyte w ten sposób doświadczenia  gromadziłem w sobie i realizowałem je w następnych programach. Tą następną imprezą był nowy wariant „Misterium bolimowskiego” w Wielkiej Auli Politechniki Warszawskiej, w kwietniu 1981 roku.

  

4.

Misteria, ich geneza i ich droga we mnie – to kolejna nie napisana książka. Zbyt jeszcze gorące są to programy, zbyt blisko nich jestem, abym teraz odważył się cokolwiek więcej powiedzieć, niż to, że są to fakty. Teatr więc mój stał się rzeczywistością, droga zaś do tego teatru stała się w dużej części podstawą prawną do zalegalizowania Zrzeszenia Artystycznego „ZA”. 

    

5.

POMIMO

poezja moja, to prośba

o darowanie mi

mnie

prośba

o nie przekreślanie moich wierszy

o nie zabijanie mojej nadziei

 

poezja moja, to także gotowość

i odpowiedzialność podjęcia w sobie ciebie

gotowość nie wymuszona

 

poezja wreszcie, to mój organizm

osłabiony, niedożywiony

obcy formie

więc

poezja to

to

co staje się, pomimo

co prostuje kark mój, pomimo

co nie jest ani słowem

ani metaforą, ani czynem

a co trwa tutaj, trwa w geście

w sposobie

w milczeniu

trwa całą niepojętą we mnie naturą

 

 


Margines siódmy

 

1.

Jak można posumować moją działalność i to dziś, kiedy jestem – w pewnym sensie – cieniem  siebie samego. Może odpowiem na to faktem. W październiku 1981 otrzymałem medal „Zasłużonego Działacza Kultury”. Widziałem wcześniej, kto dostawał te medale i za co. Czułem że muszę z tym coś zrobić, ale co? Po dwóch tygodniach podjąłem decyzję zwrócenia administracji medalu. Przy okazji powiedziałem: 

Jako organizator i animator proponowałem program w kulturze oparty – mówiąc wprost – na  ludziach, dla których sprawą najważniejszą jest sztuka. Dziś, tu, nawet na tej sali, mogę wyliczyć na palcach jednej ręki tych, dzięki którym działalność „ZA” nie została w sposób administracyjny zakazana. Dzięki im za to! Dlaczego tak się działo. Dlatego, że mieliśmy odwagę samodzielnie myśleć.  Dlatego, że mieliśmy swój niezależny program; dlatego wreszcie, że głęboko wierzyliśmy w to, co robiliśmy.

Wielu twórców związanych z „ZA” nie wytrzymało tej zwykłej, pospolitej nędzy, w jakiej wypadło nam działać; inni, bardziej sprytni, przenieśli się od razu na tamten świat ...

I choć nie ma winnych, jednak są ofiary, ofiary śmiertelne; choć ci co są przecież odpowiedzialni moralnie, nadal w starym stylu działają w naszej kulturze, jakby nic się nie stało (...)

Kilka tygodni temu zostałem odznaczony medalem „Zasłużonego Działacza Kultury”. Miałem czas przemyśleć okoliczności w jakich zostałem odznaczony. Nie mogę po prostu przyjąć tego medalu od tych, którzy niszczą naszą kulturę, niszczą może w sposób nieświadomy,  ale na własnej skórze przeszedłem piekło tej nieświadomości. Dziś mam wybrać, albo medal i rozmowy o niczym, albo po prostu siebie. Wybieram więc siebie medal zwracam. Nie dorosłem może do cynizmu, by kosztem moich przyjaciół, którzy świadomie wybrali samozniszczenie, przypinać sobie teraz order i to z rąk tych ludzi, z nazwiska i imienia, którzy osobiście wszystko robili, by działalność nasza nigdy nie ujrzała światła dziennego.

Proszę państwa, to są poważne słowa, których nikt nie jest w stanie przekreślić, gdyż dyktują je fakty i nasza wolna, niezależna świadomość.

  

2.

     Na samym dnie – tam w głębi nas, w mroku, w przeczutej myśli nie ma miejsca na doktryny, dogmaty, komunizmy czy inne izmy – za to miejsce jest na styl. 

W przybliżeniu można powiedzieć tak, że „pojemność” człowieka określa jego STYL. Wydobyć swój indywidualny głos, a więc wydobyć z siebie   s i e b i e  -  siebie z nas;  wydobyć, czyli stworzyć STYL, jako wiecznie żywą pochodnię, jako sens przeniknięty pulsem natury, sens wyższości nad niższością, sens dobra nad złem. 

Gwałt zadawany STYLOWI  określa władzę – obnaża ją, ukazuje jej prawdziwe oblicze. Ludzie stylu po prostu bardziej są, pełniej istnieją, chwilami wymykają się sobie, ale nie zagrażają nikomu i niczemu – nie czynią zła. Niszczenie więc ludzi stylu jest jakby zwielokrotnioną zbrodnią, jest jakby wydłubywaniem mózgu ludzkości; oto człowiek bezbronny, przywiązany do krzesła, któremu systematycznie wytresowani do tego celu specjaliści wpuszczają mrówki do ucha – a one z żywego organizmu wyjadają wolno, powoluteńku, metodycznie żywą tkankę myśli. Wokół transparenty, wokół bezmózgowy  mrówczy tłum wiwatuje, krzyczy: „Niech żyje, niech żyje!!” – nieświadom, że właśnie STYL jest pełnią życia, istnienia.

 

3. 

dziś

rzeczywistość skarlono

do donosu

 

co robić?

 

życie ślepnie we mnie

tracę czucie w palcach

po próżnicy gardłuję

 

nie ma ani władzy

ani Boga silniejszego od nas

                                  grozo?

fałsz – sztuka?

fałsz – polityka?

fałsz – przyjaciele?

 

transparent mojej wyobraźni

                                 błaga

epitafia Benia, Bruna, Jurrego

oskarżają

              źródło

s t ą d   i d ę

choć śmierć zaprószyła mi

                              ślepia

idę za słaby by umrzeć

idę za mocny by żyć

  

4.

Dziś, teraz, w tej chwili, jestem w sytuacji bez wyjścia. Zło, które mnie spotkało – a zło to zaczęło się w  momencie skreślenia przez cenzurę najpierw moich wierszy, potem zło, które przekreśliło moją książkę, potem zło, które każdy mój szczery odruch bycia tu człowiekiem  -prowadzi w ślepą uliczkę beznadziei. Pechem moim jest, że to zło, którego doświadczyłem i doświadczam ma twarz konkretnych ludzi – jak więc żyć wśród tych ludzi? Sam nie wiem, ale mam przeświadczenie, że żyć trzeba. Mam świadomość, że nie ja, ale ci ludzie sprowadzają Polskę na jałowy bieg. To przecież tacy jak oni gotują śmierć kulturze, skazują na nieistnienie wielu z nas.

 

Dziś czuję odrobinę radości, że wykrzesałem w sobie siły do napisania tej książki, mam świadomość, że mogła ona powstać tylko w Polsce i że jest kroniką nie tylko sprawy „ZA”.